Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crema di essenca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crema di essenca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 maja 2013

Bioetika Crema di Essenza idratante - Recenzja nawilżającej maski do włosów


Kilka miesięcy temu na swoich dwóch ulubionych blogach włosomaniaczych(tak, z pewnością jest takie słowo ;)  zauważyłam bardzo pochlebne opinie autorek o tej właśnie masce. I, bardzo zaskoczona, że mniej-więcej w tym samym czasie obie autorki zaczęły zachwalać tę samą maskę, a ich włosy są troszkę inne(już nie wspominając nawet o kolorach), postanowiłam, że też muszę ją mieć i przetestować. Bo skoro taka dobra i nawilża i końcówki ratuje... No to przecież nie mogłam zrobić nic innego jak tylko ją zamówić! No i znalazła się po kilku owych dniach czekania na przesyłkę u mnie w domku i rozpoczęłam testy.



Cena: Niecałe 20zł, ale ze względu na to, że zamawiałam ją przez internet doszły koszty przesyłki. Pomimo tego całość kosztowała mnie niecałe 30zł, a biorąc pod uwage wydajnośc wychodzi, że zapłaciłam 10zł na miesiąc. Bardzo kalkulujący sie wydatek.

Zapach: Jak dla mnie nic szczególnego. Taki trochę chemiczny, trochę kremowy. Niewyczuwalny na włosach po umyciu. Niedrażniący i nienamolny. Taki o.

Konsystencja: Gęsta, bardzo gęsta. To chyba najgęstsza maska, jaką kiedykolwiek miałam. Nie spłynie z dłoni, ale ciężko troszkę nałożyć ją na włosy. Mimo to całkiem fajna- można nią zagęścić inną, rozwodnioną maseczkę na przykład :)


Wydajność: Przeokropnie wydajna. Już od pięciu myć myślę, że nakładam ją ostatni raz, a ona nie chce się skończyć. W dodatku dałam odlewkę, dość sporą zresztą, koleżance. A ona wciąż jest i jest. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym faktm, bo zazwyczaj maski do włosów kończą się w mgnieniu oka- ja ich nakładam sporo, nie żałując moim włosom tego odzywienia, a one w zamian zjadają je od razu. A ta maseczka jest ze mną już od 3 miesięcy, w dodatku używam jej regularnie raz badź dwa razy w tygodniu! Ale już widać denko, całe szczęście, bo juz zaczyna mi się nudzić. Mimo wszystko wydajność zwala z nóg.

Opakowanie: Bardzo eleganckie, estetyczne i takie.. profesjonalne. Podoba mi się wizualna jego oprawa. W dodatku jest poręczne i wykonane z porzadnego, twardego plastiku. Jedyne co mnie denerwuje to taka osłonka plastikowa pomiędzy opakowaniem a zakrętką, ale to mnie u większości takich słoikowych masek wkurza. Przeżyje to jakoś w każdym razie ;)



Dostępność: Tylko hurtownie fryzjerskie, także te internetowe. Ja właśnie z internetu tą maseczkę zamówiłam, dokładniej z tej strony(którą przy okazji polecam, maja bardzo tanią wysyłkę, dużo ciekawych kosmetyków w tanich cenach).
Z dostępnością jednak mogłoby być lepiej.

Skład: 



Aqua - woda
Propylene glycol - glikol propylenowy, może występować w stężeniu do 50%, nawilża i jednocześnie ułatwa wniknięcie innych składników we włosa, jednocześnie konserwant i humektant :)
Myristyl alcohol - szukając informacji o tym składniku natknęłam się na taką o nim informację "fatty-alcohol", co wydało mi sie śmieszne w dosłownym tłumaczeniu no bo wychodzi, że jest tłustym alkoholem, a ja wyobraziłam go sobie z nóżkami, rączkami i brzuszkiem piwnym ;) ale do rzeczy: jest to alkohol myristylowy- emolient, stabilizator, który dodatkowo zapobiega przed rozwarstwianiem się
Cetrimonium chloride - zapobiega elektryzowaniu się włosów, ułatwia rozczesywanie, nadaje połysk, również konserwant(jak juz kiedyś wspomniałam, kiedy kosmetyk ma ten składnik, nadaje się do mycia- przy nakładaniu dzięki Cetrimonium chloride powstawała piana)
Aloe barbadensis - emolient i nawilżacz
Coconut oil - olej kokosowy- jako jeden z niewielu olei potrafi naprawdę wniknąć wewnątrz włosa. Ponadto, gdyby go nie było, to by te wszystkie humaktanty się wewnątrz włosa nie utrzymały
Citric acid - kwas cytrynowy- regulator pH, konserwant
Parfum - zapach
Benzyl alcohol - alkohol benzylowy- pachnący uczulacz :)- to jego obwiniam za swędzącą głowę
Methylchloroisothiazolinone - konserwant      ->    tę dwójkę
Methyl isothiazolinone - konserwant         ->     bardzo często razem spotykam

Krótki i treściwy. Właściwie tylko dwa dla mnie wartościowe skłądniki w nim są, jak można się domyślić: aloes i olej kokosowy. Ale przyznam się szczerze, że przed kupnem nie wiedziałam, że jest w niej olej kokosowy, wiedziałam tylko o aloesie. I to chyba był mój błąd, bo ja jak większość właścicielek wysoko porowatych włosów, z kokosem się nie lubię. To właśnie jego obwiniam za to spuszenie włosów. No i w dodatku alkohol benzylowy- jak dla mnie niepotrzebny, bo... ani zapachu ładnego nie dał, ani nic, a podrażnić podrażnił. Niby prosty skład, ale jednak mnie nie przypadł do gustu.

Działanie: Liczyłam przede wszystkim na nawilżenie włosów. Niestety, przeliczyłam się. O ile po pierwszych dwóch podejściach do maski byłam oczarowana swoimi włosami zarówno w dotyku, jak i w wyglądzie, tak już za każdym kolejnym razem moje włosy wcale takie cudowne nie były. Otóż, po pierwszych dwóch nałożeniach moje włosy były nieziemsko wręcz mięciutkie(co rzadko im się zdarza, są sztywne z natury), błyszczące i dociążone. Natomiast potem stały się jakieś takie zbyt sypkie, puszyły się, a suchość końcówek wróciła- ona nigdy mnie nie zawiedzie, zawsze można na nią liczyć :) Mimo regularnego używania, nawilżenia włosów się nie doczekałam. Dociążenia również. Z końcami też sobie nie poradziła, a na skalp nakładac nie polecam- u mnie wzmogła jego swędzenie. Jednak włosy przy skórze głowy nie były przyklapnięte. Maska nada się więc do włosów raczej normalnych i bezproblemowych i takiegoż samego skalpu. Dla wysokoporowatych włosów puszących się- nie nada się, niestety. Zawiodłam się na niej. A szkoda. Wspomnę może jeszcze, że testowałam ją na wszelkie możliwe sposoby- solo, z dodatkami. A także z płukanką i bez. Najlepiej spisywała się chyba z dodatkiem 8 kropel keratyny- wtedy też miałam good hair day, włoski były dociążone. Kilka razy dodałam do niej również pantenolu czy mocznika, ale efekt był taki-sobie. Nie było źle, ale zachwycić się tez nie zachwyciłam.

Słyszałyście kiedyś o tej masce? A może u Was się sprawdziła?