Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2013

Miesiąc z lnem mielonym

Witam! Dziś pora na podsumowanie tego, czy codzienne picie lnu mielonego coś dało. Zapraszam :)

źródło


No więc tak: zacznę może od tego, że nie planowałam jakoś wcześniej takiej suplementacji. Ot, na początku czerwca stwierdziłam, że coś z moim brzuszkiem trzeba zrobić i przypomniałam sobie o tym, że resztka opakowania z panem lnem zalega na półce. A ja robiłam porządki, a że porządki to u mnie poważna sprawa, tak więc nie było wyjścia. Trzeba było zużyć te zmielone nasiona. Więc postanowiłam pić je od 1.06.2013 do 1.07.2013.. I piłam, regularnie, ale... ten miesiąc okazał się zbyt krótki więc postanowiłam kurację przedłużyć.

Mój przepis(a w zasadzie to ten z opakowania...):
1 łyżeczkę sypałam do kubka, zalewałam zagotowaną przed minutą wodą, po czym mieszałam i czekałam aż zgęstnieje i wystygnie

Wrażenia smakowe: O dziwo- nie było źle! Kiedyś, tzn. 5-6 lat temu pamiętam, że byłam zmuszona do picia tego napoju i nie wspominam tego dobrze. Musiałam zatykać nos, bo inaczej miałam odruch wymiotny. A teraz.. sama nie wiem, co się stało, ale smak był neutralny, prawie jakbym piła wodę. Całe szczęście! 

Siemię lniane a układ trawienny: Jest lepiej, aczkolwiek uważam, że miesiąc to zbyt mało żeby oceniać jego wpływ na żołądek. W każdym razie mam wrażenie, że się trochę uspokoił, bo kiedyś był bardziej nerwowy. Albo dopiero teraz do niego dotarło, że matury już nie wrócą :)

Siemię lniane a baby hair: Teraz, właśnie po upływie miesiąca widzę bardzo dużo małych, dopiero co wyrastających włosków. Mają one ok. 2cm, niektóre więcej, niektóe mniej, wiadomo. Jednak myślę, że to zasługa właśnie lnu. 

Siemię lniane a szybszy przyrost włosów: Tak! I tutaj się u mnie len sprawdził. Niestety, nie jestem zbyt dobra w mierzeniu włosów ani też nie pamiętałam o tym, żeby na początku zmierzyć pasma. Jednak to się zmieni, obiecuję. W każdym razie już na pierwszy rzut oka widzę patrząc w lustro, że kosmyki są dłuższe. O wiele dłuższe, co możecie zobaczyć na zdjęciu.

Tak, zdaję sobie sprawę że nie jest to super-ekstra-świetne zdjęcie, na którym od razu widać przyrost, ale weźcie pod uwagę, proszę, to że na zdjęciu po lewej włosy są rozprostowane, a na tym po prawej pokręcone totalnie, a ja nie jestem mistrzynią łączenia zdjęc i pracowania w programach graficznych :)

Siemię lniane a wypadanie włosów: Kolejna wygrana!!! Już myślałam, że nigdy nie opanuję tych całych pasm spływających w wanne po myciu włosów, ale dałam radę! I mogę dziękować za to właśnie tej suplementacji, bo nic innego nie robiłam, co by mogło się do tego przyczynić. Teraz moje włosy wypadają w granicach normy, nie są to już tak zatrważające ilości jak miesiąc czy dwa temu i staję się o nie spokojniejsza. Raz wypada ich więcej, raz mniej, ale to jest normalne i tym sie nie przejmuję bo wiem, że tak być powinno. Oceniając pobieżnie wypada mi ich około 60-70. Taka ilość jest moją normą i uznaję to za liczby satysfakcjonujące, bo nie wahają się już w granicy 100. 

Siemię lniane a paznokcie: Tutaj nie zauważyłam różnicy. Moje paznokcie są teraz w dobrej kondycji, ale też i lepiej się ostatnio odżywiam. W każdym razie wróciłąm do stanu, w którym z natury są mocne, nie łamią się, nie rozdwajają się i rosną tak szybko, że muszę je obcinać co 3-4dni(co mnie naprawdę bardzo denerwuje ;/ ). Więc nie wiem też jak siemię miałoby jeszcze polepszyć ich stan, bo się chyba już nie da, tak więc zmian nie zauważyłam.

Siemię lniana a skóra: Tutaj również nie zauważyłam różnicy. Moja skóa nie potrzebuje zbyt wiele(mówię o skórze na ciele, nie o mojej cerze), jest z reguły dobrze awilżona i nie marudzi o byle co i taka też jest od zawsze. A skóra twarzy? Również nie zauważyłam zmian, raz na tydzień wyskoczą dwie krostki, nie pojawiają się nowe zaskóniki, jest co prawda lepiej nawilżona, ale myślę że to "wina"  filtru, który stosuję. 

Podsumowując, zdecydowałam się przedłużyć czas spędzony z lnem. Jednak opakowanie mi się skończyło, więc kurację będę kontynuować z lnem w zierenkach. Mam nadzieję, że będzie tak samo dobrz ena mnie wpływał. I stąd pytanie do Was:

Znacie jakiś sprawdzony, bezpieczny przepis na przyrządzenie napoju z lnu w ziarnach?

Za każdy pomysł będę wdzięczna. A za taki nie wymagający poświęcenia dużej ilości czasu szczególnie!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Podsumowanie miesięcznej walki z wypadaniem

Jak wiecie zapewne, borykam się z problemem wypadających włosów. Nie są to ilości przekraczające magiczną liczbę 100, ale niepokoi mnie zbieranie po każdym myciu dziewięćdziesięciu kilkuś włosów z odpływu. Tak więc walczę z tym problemem na wszelkie moźliwe sposoby, co miesiąc pisząc podsumowanie i opisując, co robiłam. Do tej pory udało mi się raz wygrać, dzięki staremu Jantarowi, a także przegrać- zawdzięczam to kozieradce. Jak było w tym miesiącu? 

Od 12.05.2013 do 12.06.2013r postanowiłam nie ograniczać się do jednej rzeczy, a zadziałać kompleksowo.
1. Zjadałam ryby. Zazwyczaj były to rybki gotowane, wędzone, smażone, czasem takie w konserwach. Ze względu na preferencje smakowe ograniczałam się głównie do dorsza, makreli, karpia oraz pstrąga. Jadałam je co najmniej 4 dni w tygodniu.Możnaby częściej, ale jak na osobę, która zjadała rybę raz na dwa tygodnie to i tak dużo :D Czy takie odzywienie od środka ograniczyło wypadanie moich włosów? Odpowiedź jest prosta: NIE. Ile włosów mi wypadało, tyle nadal wypada. Ale cały eksperyment uważam za udany, bo polubiłąm dzięki niemu jedzenie ryb!
2. Olejowałam skalp przed myciem olejkiem rycynowym. Po przeczytaniu wpisu Anwen o magicznych właściwościach olejku rycynowego na porost włosów(w swoim wpisie cytowała wypowiedzi dwóch osób, które to właśnie mnie zachęciły) postanowiłam i ja spróbować. Cała kuracja nie była taka znowu droga, olej powszechnie dostępny, więc czemu  by nie... To była najgłupsza decyzja w moim życiu. A przynajmniej jedna z wielu. Początkowo nie widziałam różnicy w ilości wypadających włosów, potem myślałam, że rycynie trzeba dać czas, a potem... a potem było już tylko gorzej. Z 60-70 włosów, które wypadały mi w trakcie i po myciu(co 2 dni) liczba wzrosłą do 90-100. Ale w internecie nie widziałam żadnych informacji o takim negatywnym działaniu rycyny, więc brnęłam dalej. Dopiero po rozmowie z koleżanką włosomaniaczką(nie prowadzi bloga) olśniło mnie- u niej też rycyna wzmogła wypadanie włosów!!!
3. Po umyciu w celu nawilżenia skalpu nakładałam na niego maseczkę Biovax do wypadających. Teoretycznie dobra, bo ma aloes, a dalej się nie przyglądałam. Niestety, skalp swędział mnie przeokrutnie! I w sumie nie wiedziałam jak to sobie tłumaczyć. Dopiero po odstawieniu tego kosmetyku zrozumiałam, że się do tego przyczynił, a na wypadanie włosów nie miał wpływu :(
4. Mycie skalpu i włosów Facelle. Nie miałam w planach zamieszczanie tej czynności tutaj, ale po przeczytaniu wielu opinii na blogach zarówno we wpisach, jak i w komentarzach postanowiłam, że jednak to zrobię. Ten płyn do higieny intymnej, mimo że nie stosowałam go w celu zwalczenia wypadania włosów a jako zwykłe myjadło, również przyczynił sie do wzrostu ilości wypadających włosów. I, jak wiem, nie tylko u mnie można było zaobserwować tak negatywny jego wpływ na nasz skalp i włosy. 

Całe szczęście jednak, że mimo tak dużej liczby wypadających włosów nie przerzedziły się one, przedziałek wygląda całkiem normalnie i nie mam prześwitów na głowie. Obwodu kucyka nie umiem mierzyć, więc nie powiem jak sprawa ma się z nim. Jedyne, co ucierpiało na tym wszystkim to końcówki, które wydaje mi się, że jadnak straciły na gęstości. 

Podsumowując, jeśli też borykacie się z problemem wypadających włosów    
o d r a d z a m :
1. Mycie skalpu Facelle.
2. Olejowanie skalpu olejkiem rycynowym.
3. Nakładanie na skalp maseczki Biovax do wypadających.
Bo to może tylko pogorszyć problem, zwłaszcza jeśli jesteście nieszczęśliwymi(bądź szczęśliwymi, kto kogo tam wie) właścicielkami nadwrażliwego skalpu.

PS. Może doradzicie jakiś domowy, niedrażniący skalpu, tani sposób na wypadające włosy?

niedziela, 26 maja 2013

Podsumowanie akcji "Piję na zdrowie" - moje spostrzeżenia


Witajcie. Minął już miesiąc, a nawet trochę więcej, w którym to brałam udział w akcji "Piję na zdrowie". Nie, nie alkohol piłam :D Zaraz powiem, co i jak robiłam, a także po co to robiłam, no i  j a k i e  e f e k t y  o s i ą g n ę ł a m. Tutaj jest ogólne podsumowanie u Puszysławy, organizatorki tej cudownej akcji! A zaraz ja podzielę się bardziej szczegółowymi, moimi obserwacjami.


Otóż, ja jakoś tak już na początku kwietnia zorientowałam się, że z moim organizmem nie jest najlepiej i przydałoby mu się oczyszczenie. Wcześniej nie rozumiałam, o co tyle szumu w mediach, po co te wszystkie diety oczyszczające i inne marudzenie. Ale, niestety, moje ciało mi wytłumaczyło. Po ciągłej, nieustannej, codziennej i dość męczącej suplementacji różnymi tabletkami, która to trwała od października, moja wątroba powiedziała dosyć, to samo mój żołądek i skóra. Często czułam ból brzucha, odbijało mi się niemalże ciągle, miałam kłopoty z trawieniem, a także takie dziwne uczucie ciężkości wszelako pojętej. Na mojej skórze pojawiły się dziwne krostki, nie spowodowane ani żadnym nowym kosmetykiem, ani jakimś szczególnym składnikiem pokarmowym. Po prostu- co za dużo dobroci, to nie zdrowo. Trzeba było coś z tym zrobić. I tak od 15.04.2013r do 15.05.2013r (tak naprawdę to nie przerwałam tej akcji) postanowiłam:

1. Rano, na czczo, pół godziny przed śniadankiem wypijać szklankę ciepłej, ale nie gorącej wody przegotowanej z połową cytryny i czubatą łyżką miodu. Duszkiem :)
2. W ciągu dnia wypijać więcej wody- jako że mam blisko Biedronkę, a tam jest moja ulubiona woda mineralna Żywiec Zdrój w większym opakowaniu, wypijałam 1,75l dziennie.
3. Ograniczyć spożycie napoi gazowanych, a także tych zawierających kofeinę. W zasadzie i tak nie piję często coli czy kawy, ale i tak.
4. Wypijać zrobione herbatki czy ziółka do końca, a nie po polowie o nich zapominać!
5. Ograniczyć spożycie smażonych potraw.

Z założeń wywiązałam się sumiennie. Nie miałam z nimi właściwie żadnego problemu, bo lubie pić często i dużo, a jak już wspominałam po napoje pobudzające sięgam sporadycznie- kiedy naprawdę MUSZĘ się obudzić, albo kiedy ciśnienie jest tak niskie, że nic, tylko spać cały dzień bym chciała. Jedynym kłopotem było dla mnie wypijanie rano wody z miodem i cytryną, bo raz- na moich zębach pojawiał się taki dziwny osad, którego nienawidziłam, oraz dwa- nie lubię czekać, jak jestem głodna to jem, a tu 30 minut..

Moje spostrzeżenia: 
1. Po wypiciu rano szklanki wody z miodem i cytryną nie jest się głodnym. Pomijając już ten okropny osad z cytryny, który nie chciał zejść po trzykrotnym umyciu zębów ze szkliwa, to ja zjeść lubię. Śniadania wcinam zawsze przed wyjściem z domu. A po wypiciu takiej mikstury czułam się pełna i syta, tak że dopiero po dwóch- trzech godzinach burczało mi w brzuszku. Z jednej strony to dobrze, z drugiej- nie lubię jeść śniadania na mieście i było to trochę uciążliwe.
2. Wspomniania w poprzednim punkcie mikstura oczyszczająca działa. Już po kilku dniach picia jej przestałam mieć jakiekolwiek dolegliwości żołądkowe. Uczucie ciężkości i odbijanie się poposiłkowe stały się przeszłością! Również przemiana materii przyspieszyła.
3. Ciągłe spożycie wody nie gasi pragnienia a sprawia, że chce nam się jeszcze więcej pić. Przynajmniej mnie się chciało. Więcej i więcej. No ale cóż, mnie się zawsze chce pić, a dzięki tej akcji chociaż mniałam przy sobie nieustannie wodę i nie musiałam się martwić o nią. Ale prawda jest też, że mój "apetyt" na wodę jakby wzrósł.
4. Zwiększone nawilżenie skóry to bujda. Niestety, ale to prawda. Moja skóra jaka była, taka jest. Suche skórki jak były, tak po wodzie nie zniknęły. Na kondyzję włosów tez nie wpłynęła, ale na to nie liczyłam :) Jedynie te nieprzyjazne krostki, o których wcześniej pisałam, zniknęły wspaniałomyślnie. 
5. Pijąc hektolitry wody miałam mniejszy apetyt. Jestem osobą, która.. no cóż, musi jeść co godzinę, ogromne ilości pożywienia. Wiedzą o tym chyba wszyscy moi znajomi, a ludzie mniej ze mną zaprzyjaźnieni dziwią się, gdzie to wszystko się podziewa, bo jem i chudnę :) Ale do czasu, bo pijąc wodę nie czułam takiego apetytu, nie musiałam jeść co godzinę i - UWAGA UWAGA - zaczęłam odżywiać się normalnie, tzn. śniadanie, drugie śniadanie, obiad, kolacja. A nie śniadanie, śniadanie, śniadanie, drugie śniadanie, drugie śniadanie, a jakiś batonik i soczek, obiad, obiad, obiad, kolacja, kolacja, o jest placek, a to może jeszcze jogurcik i bułeczka. 
6. Pijąc wodę wcale nie chudniemy. U mnie, dziwnie dużo jedzącej osoby i wciąż chudnącej, wręcz zahamował się ten proces. Przynajmniej wizualnie. I cieszy mnie to bardzo, bo zaczęły mi kości wystawać, a ja boję się kości, wewnętrznych organów, krwi i czegotam jeszcze, więc naprawdę jestem z tego faktu zadowolona. 

Z całej akcji jestem na tyle zadowolona, że kontynuuję ją u siebie pomimo zakończenia jej w blogosferze. Przyniosła zamierzone efekty, to znaczy kłopoty żołądkowe i skórne zniknęły. 

Jakie są Wasze refleksje na temat picia wody? Lubicie ją, czy uważacie że oczyszczanie organizmu to tylko tani chwyt reklamowy?

czwartek, 16 maja 2013

Akcja włosomaniaczek: Dokarmiamy włosy na wiosnę! - podsumowanie

<a href="http://www.bloglovin.com/blog/6730301/?claim=zuwcwbfvvk9">Follow my blog with Bloglovin</a>


Witam wszystkie czytające. Ja, jak i zapewne większość włosomaniaczek blogujących zgłosiłam się do kolejnej już akcji u Anwen. Pierwotnie łykałam DroVit, który zaczęłam zażywać już dwa miesiące przed rozpoczęciem akcji, jednak ostatecznie zmieniłam suplement i przestawiłam się na drożdże piekarnicze. Zrobiłam to głównie ze względu na to, że ciągła suplementacja organizmu tabletkami oddziaływała bardzo niekorzystnie na moją wątrobę.

Drożdże piłam codziennie od 13.04.2013r do 13.05.2013r. To znaczy dwa dni, ze względu na dolegliwości żołądkowe(spowodowane najprawdopodobniej okresem), byłam zmuszona pominąć ich spożycie. Upłynął już miesiąc, a ja ich zażywanie zakończyłam, więc opiszę pokrótce efekty, jakie u mnie taka suplementacja spowodowała.

Mój przepis: pół kostki drożdży piekarniczych(dostępnych w prawie każdym małym sklepiku spożywczym, ale też i w większych supermarketach typu Lidl czy Kaufland) dokładnie rozkruszałam do kubka. Zalewałam je wrzącą wodą(lepiej więcej niż mniej, u mnie to było tak około 100ml), dokładnie mieszałam tak, aby nie było grudek i przykrywałam na pół godziny. Po upłynięciu tych 30 minut odkrywałam kubeczek, mieszałam miksturę do uzyskania jednolitej konsystencji, bo się rozwarstwiała taka substancja. Następnie przygotowywałam sobie coś drożdżowego na przegryzienie. Były to najczęściej jakies bułeczki słodkie typu: błuka z serem, z jabłkiem, rogalik z marmoladą, a kiedy takich rarytasów nie miałam musiały mi wystarczyć bułeczki maślane z biedronki(takie po 10 pakowane). Następnie nabierałam w usta powietrza, zatykałam palcami jednej ręki nos, w druga chwytałam kubek z drożdżami i piłam wszystko duszkiem. Potem od razu gryzłam szybko i przełykałam wcześniej naszykowane jedzonko. Dzięki temu jakoś przeżyłam picie tego ohydztwa, bo bezwarunkowo po wypiciu drożdży mi się odbijało. Dodatkowo przez pierwsze dni miałam odruchy wymiotne i mdliło mnie przez dobrych kilka minut, a dzięki drożdżowemu jedzeniu na przegryzienie smak się jakoś w ustach neutralizował i wymiotować mi się już nie chciało.

Możecie powiedzieć, że mogłam sobie coś do drożdży dodać: zmiksować z bananem, pić z mlekiem, kakaem, kostka rosołową, miodem. Ale po pierwsze: słyszałam, że obecność niektórych "dodatków" zmniejsza przyswajalność cennych składników w drożdżach zawartych, a po drugie przez pierwsze kilka dni próbowałam i doczekałam się ekscesów w żołądku. 

A i jeszcze taka mała ciekawostka, dlaczego trzeba drożdże rozkruszać. Sama byłam tego ciekawa i kiedyś nie pokruszyłam ich na takie drobne kawałeczki, tylko na takie większe, co by się tylko w kubek zmieściły. I oto co odkryłam(tak, wiem, Ameryka po prostu!): kiedy takie nierozdrobnione drożdże zalejemy wrzątkiem dłużej musimy je mieszać i temperatura wody stygnie i nie jest to już wrzątek, a przeciez właśnie nim musimy drożdże zalać, żeby się nie rozrosły i nie przepoczwarzyły w żołądku. Więc lepiej braj je między ręce i kruszyć w kubek.
No ale już koniec mojego ględzenia i przechodzę do konkretów :)

Cena: Ja za kostkę swoich drożdży płaciłam 0,85zł, kuracja trwała przez miesiąc, tj. 30 dni. Zużyłam 15 kostek(pół kostki dziennie), więc wyniosło mnie to 12,75zł. Całkiem niedrogo.

Zapach: Ja akurat od małego zapach drożdży lubiłam, bo drożdżowe to jedyne ciasto, które moja mama potrafi upiec :) Niestety, zapach trochę mi zbrzydł przez tą miesięczną kurację, bo kojarzy mi się przede wszystkim z tym ohydnym smakiem.

Smak: Okropność. Właściwie trudno go określić, bo nie przypomina, przynajmniej mi, nic innego co bym wsześniej jadła czy piła. Jest po prostu ohydny, zwłaszcza chwilę po przełknięciu drożdży- jak jeszcze nie zatykałam nosa byłam pewna, że zaraz drożdże zwrócę ;/

Drożdże a mój wrażliwy żołądek: Na początku chyba z samego strachu bolał mnie brzuszek. A obawiałam się dlatego, że jest on naprawdę bardzo wrażliwy na wszystko. Eh, miałam nawet atak paniki po wypiciu swojej pierwszej mieszanki i powiadomiłam przyjaciółkę, że dostanie wszystkie moje kosmetyki w spadku. Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale uwierzcie- naprawde myślałam, że umrę :D
 Przez pierwszych kilka dni zaraz po wypiciu drożdży miałam odruch wymiotny, nudności. Od razu po łyknięciu kubka mieszanki też od razu mi się odbijało. Jednak już po jakichś 2 tygodniach wszystko się uspokoiło, a pod koniec miesiąca z drożdżami przestały mi dokuczać jakiekolwiek efekty uboczne. 

Drożdże a paznokcie: Zdecydowanie widzę efekty! Moje paznokcie są tak zdrowe, jak były kiedyś, jak miałam jakieś 10 lat i zero z nimi problemów. Są twarde, mocne, grube, nie łamią ani nie rozdwajają się. Drożdże zdecydowanie wpłynęły na niej korzystnie. Polecam.

Drożdże a rzęsy: Moje rzęsy są bardzo podobne do włosów pod wieloma względami. Zą gęste, grube, długie. Ładnie podkręcone. Jedynie na co narzekam to to, że są bardzo jasne i wypadają. Jednak dzięki drożdżom stały się mocniejsze, nie kruszyły się i przestały wypadać w takich ilościach, jak przed kuracją. Jestem naprawdę pod wrażeniem i dziękuję za to drożdżakom!

Drożdże a brwi: Jak zwykle musze robić z nimi porządek pęsetką co 2-3 tygodnie, tak podczas picia drożdży co tydzień musiałam się męczyć. Z jednej strony fajnie, z drugiej więcej zamieszania :)

Drożdże a cera: Nie mam problemów z trądzikiem i nigdy właściwie nie miałam. Czasami pojawi się jakaś krostka, ale tragedii narodowej z tego nie robię, bo i szybko znika. Drożdże nie spowodowały u mnie wysypu ani pogorszenia się stanu cery. Jednak korzystnie również na nią nie wpłynęły w żaden sposób. Efektów nie zauważyłam.

Drożdże a włosy na długości: Brak efektów. Jednak żadnych się nie spodziewałam, pomimo przeczytania wielu opinii, że drożdże przyjmowane wewnętrznie działają na długość włosów cuda. U mnie cudów nie było. Osobiście jestem zdania, że raczej pielęgnacja jest w stanie przynieść efekty długości włosów, a dieta jedynie zagwarantuje nam wzrost zdrowych włosów.

Drożdże a wypadania włosów: Tutaj również nie zauważyłam efektów. Włosy jak mi wypadały, tak wypadają. Nie liczyłam jednak na cuda i w tym przypadku, chociaż cichą nadzieję miałam. Nic się jednak nie stało i wciąż zmagam sie z problemem wypadających włosów.

Drożdże a przyrost: Rzeczywiście działają cuda! Już po kilku dniach picia drożdży pojawiły się tłumy baby hairs, które urosły w niesamowitym tempie, bo aż 7-8cm!!! Jestem naprawdę w szoku. No ale baby hairsy baby hairsami, a jak reszta włosów? Tutaj też WIDZĘ PRZYROST. W zasadzie nie muszę włosów mierzyć żeby to stwierdzić i już samo to powinno o czymś świadczyć. Jednak aby wziąć udział w akcji należało wybrać kontrolne pasemko i je zmierzyć. Ja wybrałam takie nad czołem, z lewej strony przedziałka. Na początku akcji miało ono 53-4cm. A teraz? Teraz ma 57-8 cm! Urosło aż o ok. 4cm. 
Jadnak jest jedno małe ALE. Moje włosy od zawsze dość szybko rosły. Kiedyś, w czasach kiedy były regularnie farbowane na czarno musiałam chodzić do fryzjerki "na odrosty" co 2 tygodnie. Pamiętam, że jednego miesiąca musiałam poczekać 4 tygodnie ze względów zdrowotnych na wizytę u fryzjerki i jak zmierzyłam z ciekawości linijką przyrost miesięczny to wynosił on 2,4cm. Więc liczac, że trochę się on jednak zmniejszył od tego czasu(przyrost wraz z wiekiem podobno maleje), można uznać że mój miesięczny przyrost to 2 cm. A więc drożdże przyspieszyły przyrost 100%.
Jednak, tak dla ciekawostki podam, że przez okres listopad-luty włosy urosły o 12cm. Z kolei luty-kwiecień urosły tyle, co i nic. Przyrost więc w moim przypadku jest naprawdę nieprzewidywalny :D

Zdjęcie porównawcze:

I może od razu uprzedzę pytania o kolor: 14.04 - zdjęcie robione w pomieszczeniu, z fleszem i kolor jest przekłamany
14.05- zdjęcie robione na dworzu, w świetle dziennym, bez flesza, kolor prawdziwy, tak wyglądają moje włosy naprawdę(chociaż trochę je podrasowałam silikonami ;) Lubię je w słoneczku, bo się mimo wysokiej porowatości ładnie błyskają.

Same oceńcie, czy warto pić drożdże. Ja, pomimo efektów ubocznych takich jak nudności i burze w żołądku zdecydowanie jeszcze wrócę do picia drożdży z jednego prostego względu- chcę mieć już i teraz długie włosy :) A pod koniec kuracji nawet i efekty uboczne zmalały jakoś, więc do wszystkiego cżłowiek może się przyzwyczaić.

A Wy brałyście udział w akcji u Anwen? A może też piłyście drożdże? Jakie są Wasze wrażenia?

niedziela, 12 maja 2013

Podsumowanie miesięcznej walki z wypadaniem



Witajcie :) Dziś chciałam rozliczyć się zarówno ze sobą, jak i z Wami z mojej miesięcznej walki z wypadaniem włosów. Na przełomie marca i kwietnia walkę tą toczyłam przy użyciu wcierki Jantar i odniosłam zwycięstwo. Więcej mogłyście przeczytać o niej tutaj
Jednak życie nie mogłoby być tak piękne, żeby można było ciągle używać tej samej wcierki, oj nie- skalpik się nudzi i trzeba urozmaicenia szukać(widać, że kobieta ;) Więc pomyślałam, że spróbuję czegoś zachwalanego przez wiele dziewczyn- kozieradki. Jak się okazało jednak w mojej mieścinie nie ma żadnego sklepu zielarskiego. I co robić? Udać się do apteki :) Ja tak zrobiłam i tam kozieradkę bez problemu znalazłam, więc jest nadzieja i dla włosomaniaczek, które do sklepów zielarskich dostępu nie mają, tak jak i ja. 

Swoją walkę z wypadaniem przy pomocy kozieradki rozpoczęłam 11.04.2013r i trwała ona do 11.05.2013r.


Przepis I: łyżeczkę kozieradki zalałam 70-80ml gorącej, ale już nie wrzącej wody. Rozmieszałam, poczekałam aż ostygnie i przelałam do buteleczki po Jantarze. Przechowywałam w lodówce do tygodnia. Tak przyrządziłam wcierkę dwa razy.

Przepis II: 2łyżeczki kozieradki zalałam 70-80ml gorącej, ale nie wrzącej wody. Wymieszałam dokładnie, poczekałam aż ostygnie i przelałam do buteleczki po Jantarze. Przechowywałam w lodówce do tygodnia. Przyrządziłam wcierkę w ten sposób dwa razy.

Cena: Za swoją kozieradkę zapłaciłam 2,30zł Są to więc grosze w porównaniu z innymi aptecznymi gotowymi już specyfikami. W dodatku jedno opakowanie starcza spokojnie na miesięczną kurację.

Wydajność: Duża. Wcierka jest bardzo rzadka po przyrzadzeniu z któregokolwiek z wyżej podanych przeze mnie przepisów. A opakowanie, jak pisałam przed chwilą, relatywnie tanie, byłoby więc wszystko idealnie. Ale...


Zapach: Mój nos po specyfikach indyjskich stał się chyba jakiś odporniejszy, ale ja przestałam czuć smrodek kozieradki. To znaczy: wyczuwam ten rosołowaty tłuszcz przyprawy curry przy przyrządzaniu kozieradki, jednak zaraz po odkręceniu buteleczki z tym wywarem dopiero co wyjętej z lodówki zapachu nie czuć. Dopiero kiedy zdąży się ona zacieplić zapach znów wraca(yhhh, smrodek raczej). Więc jakby ktoś chciał to polecam wypróbować, jesli wcierka na was działa ale odstrasza was zapach.

Kozieradka a wypadanie: Nie pomogła. Włosy jak wypadały, tak wypadają, a czasami nawet jest ich jeszcze więcej. Nie są to może liczby rzędu 200, jednak martwię się, ze mój zawsze dość gruby warkocz się przerzedził. Myślę, że może to być jednak wina przede wszystkim stresu przedmaturalnego, bo i jeść jakoś nie mogłam ostatnio(nie ma to jak słyszeć od każdego komplementy typu "Aleś Ty zmizerniała!") i byłam jednym wielkim chodzącym kłębkiem nerwów.. Jednak tak czy siak kozieradka nie pomogła. A wcierałam ją dzień w dzień, rano i wieczorem. Zawiodłam się więc przeogromnie.

Kozieradka a przyrost: Tutaj też nie zauważyłam różnicy. Zdecydowanie u mnie przyrostu nie przyspieszyła, chociaż o to akurat nie mam do niej pretensji. Mi włosy i tak zwykle rosną dość szybko(jak kiedyś farbowałam to na miesiąc odrost wynosił 2,4cm), więc nie będę rozpaczała.

Kozieradka a przetłuszczanie się włosów: Tutaj jakiś efekt widzę. Zdecydowanie włosy pozostawały dzięki niej dłużej świeże i jest to zdecydowanie coś godnego zachwytu. Polecam więc kozieradkę osobom borykającym się z problemem szybkiego przetłuszczania się skóry głowy. Ja myję włosy co dwa dni, jednak kiedy wcierałam w skalp kozieradkę rozważałam nawet przedłużenie tego czasu do 3 dni. I kiedy czasami ulegałam temu pomysłowi nie żałowałam, bo nie wstydziłam się wyjść do ludzi owego trzeciego dnia :) 

Kozieradka a efekt push-up: Taaaaaak! Tutaj kozieradka naprawdę mnie zaskoczyła. Czytałam co prawda u innych blogerek, że jest dobra w tym przypadku, ale.. nie liczyłam na to jakoś specjalnie, chociaż przyklapnięte to moje włosy były, nie powiem. Jednak podczas wcierania kozieradki były one cudownie odbite od skóry głowy i zaczęłam wierzyć, że nawet tak ciężkie włosy jak moje mogą mieć porządną objętość, a nie być takie wiecznie przyklapnięte. Jestem jej za to bardzo wdzięczna.

Kozieradka a wysuszenie skalpu: Niestety, kozieradka tak jak i większość ziół działa na mnie destruktywnie. Mój skalp stał się znów suchy i zaczął swędzieć. A mogę winą o to obarczać tylko kozieradkę. Dla wrażliwców i osób ze skalpem skłonnym do ekscesów więc zalecam większą osrtrożność przy jej używaniu oraz nawilżanie skalpu.

Podsumowując, liczyłam na większe efekty, lub chociażby jakieś efekty, jednak się zawiodłam. Kozieradka nie ograniczyła wypadania moich włosów, za to wysuszyła skalp. W dodatku ma nieprzyjemny jak dla mnie zapach. Z kolei na plus przemawia zwiększona objętość włosów, wydłużenie ich świeżości oraz jej niska cena i duża wydajność. Zastrzegam również, że.. na kazdego może zadziałać inaczej. To jest jedynie moja bardzo subiektywna opinia na jej temat.

A Wy stosowałyście kiedyś wcierkę z kozieradki? Sprawdziła się?