Witajcie! Dziś postanowiłam napisać notkę podsumowująco-opisującą moją walkę z rozdwajającymi się końcówkami. Tak więc zainteresowane są skazane na zmierzenie się z moim ględzeniem wypełnionym po brzegi marudzeniem. Bo oto już zaraz przedstawię wam moją końcówkową historię :)
Kiedy miałam jeszcze jakieś 12-13 lat moje końcówki były bezproblemowe. Nie chodziłam podcinać ich regularnie do fryzjerki. Chodziłam do niej właściwie tylko wtedy, kiedy miałam ochotę na odmianę fryzury. A końce były zdrowe i się nie rozdwajały.
Jednak potem przyszło farbowanie(chemiczne, a jakże) i codzienne prostowanie, a po kilku latach dekoloryzacja i kolejna farba(zbliżona do mojego koloru). I w chwili obecnej końcówki pamiętające te czasy mają ok. 3cm. Niedługo je podetnę, ale jednak bardziej zależy mi na długości, więc muszę poczekać.
Niestety, przez kilka ostatnich miesięcy "przeczekanie" było to trudne. Mrozy i zima silnie dały się we znaki moim włosom, pomimo tego że było zaledwie kilka takich sytuacj, że nie były one schowane przed mrozem pod kurtką. Wciąż się rozdwajały, rozpoczwarzały a ja nie wiedziałam co robić. Jadłam zdrowo(warzywa, owoce, nabiał, ryby) i zrównoważenie. A na końcach(i to nie tylko tych najdłuższych kosmyków, także tych znajdujących się na wysokońci ramion) był porozdwajane. Zaczęłam więc używać jakichś silikonów. Mam tutaj na myśli serum A+E z Biovax'u oraz kurację Marion. Niestety, nie pomogło. I wtedy przypomniało mi się, jak poradziłam sobie z tym problemem rok temu, kiedy to włosy były jeszcze baaardzo zniszczone. Otóż używałam oliwki Babydream fur Mama. Niestety, w moim Rossku już jej nie widać, więc w zastępstwie była u mnie oliwka pielęgnacyjna HiPP.
Jak jej używałam przez ostatni miesiąc? Nakładałam ją na suche(albo w 80% suche) włosy. A dokładniej: rozdzielałam włosy na połowy, jakbym chciałą zapleść dwa warkocze. Zakręcałam jedną część na palcu, wyciskałam 3-4 krople oliwki i wcierałam opuszkami palców w końce. To samo robiłam z drugą częścią włosów. Robiłam to co dwa dni, ponieważ co tyle właśnie myję włosy. A dzisiaj postanowiłam podsumować tę moją małą akcję i zobaczyć efekty. I jakże się zdziwiłam, kiedy przyjrzałam się uważnie(z jakieś kilka minut) moim końcówkom! Nie zauważyłam żadnego rozdwojenia!
Muszę jednak powiedzieć o czymś chyba najważniejszym: oliwka nie "skleiła" rozdwojeń już istniejących. Ja po prostu w chwili, kiedy oglądałam jakiś serial bądź czekałam gdzieś(np. w kolejce do lekarza) brałam włosy w rączkę i szukałam rozdwojeń. a jak je już znalazłam, to skracałam taki włos. Jak? Po prostu owijałam go wokół palca i odrywałam rozdwojoną końcówkę. Dużo wtedy włosa ubywało, bo czytałam, że jeśli "podetnie się" za mało, to zniszczenie pójdzie w górę włosa i wciąż będą się końcówki rozdwajać. Jak na razie jestem szczęśliwa nie będąc już posiadaczką rozdwojonych końcówek- wygrałam z kolejnym problemem!
Oczywiście nie mówię, ża taki sposób jest dobry, najlepszy i w ogóle zdziała cuda u każdego. Bo tak nie jest. Jednak z pewnością oliwka(taka, jaką Wasze włosy lubią, na którą reagują dobrze) lepiej zabezpieczy, ochroni i odżywki wasze włosy aniżeli silikonowe serum, które tylko oblepi je filmem. Filmem, który trzeba w dodatku zmyć silnym, niszczącym detergentem. Dla mnie to było błędne koło i kiedy z niego wyszłam, było to wybawienie.
Ah, i jeszcze jedno: dla zainteesowanych możliwymi przyczynami rozdwajania się włosów zapraszam tutaj. Kascysko chyba wyczerpała temat, w dodatku zrobiła to bardzo skondensowanie, acz treściwie. Nie chciałam się więc tutaj powtarzać i pisać o powodach powstawania rozdwojeń, skoro jest takie gotowe kompedium wiedzy. Ja tylko dałam znać, jak sobie z problemem poradziłam :)
A teraz pora na zdjęcie przedstawiający mniej-więcej stan moich końcówek(mój aparat jest słaby, wybaczcie):