Witajcie, dziś przybywam z recenzją produktu, który pewnie większość z Was zna. Jest to osławiona na wizażu i blogach maska. Ja mlecznego Kallosa zaczęłam używać kilka miesięcy po rozpoczęciu pielęgnacji bezsilikonowej. Było to niecały rok temu. I maska ta cudownie odbudowała moje włosy i poprawiła ich kondycję. Niedawno postanowiłam do niej wrócić i zamówiłam kolejne ogromne opakowanie. Jak się u mnie sprawdza ten święty Graal włosomaniaczek? Postaram się dokładnie to opisać :) Zapraszam do czytania.
Cena: Okropnie niska. Za
1 litr kosmetyku zapłacimy
w granicach 15zł, ja niestety ostatnio nigdzie nie mogę jej dostać(mieszkam w małym mieście i nawet w hurtowniach fryzjerskich jej nie ma) więc zamawiam w sklepach internetowych, a i tak jest wspaniale bo
za 1,5 litrowe opakowanie płacę wraz z przesyłką niecałe 30zł. Niektóre maski o pojemności kilkukrotnie mniejszej tyle kosztują.
Dostępność: Nie zachwyca. Jedynie
hurtownie fryzjerskie no
i sklepy internetowe. Jednak w tych drugich można dostać ją w naprawdę konkurencyjnych cenach i pojemnościach. Jednak byłoby miło, gdyby można było kupić ją stacjonarnie.
Opakowanie: Bardzo
duże i nieporęczne. Trudno je utrzymać w małej, kobiecej rączce, w dodatku
nakrętka słabo trzyma się pojemniczka kiedy jest dokręcona, przez co trzeba bardzo uważać i przy przenoszeniu otwartej maski trzymać opakowanie n i e z a z a k r ę t k ę. Inaczej upuścimy słoiczek i wszystko się wyleje. Ponadto krawędź, przez którą trzeba wydobywać produkt jest ostra, więc gdy kończy nam się produkt musimy być dodatkowo jeszcze bardziej ostrożne, żeby się nie skaleczyć.
Wydajność: Ogromnie zachęcająca do kupna. Moje włosy, jak długie są, można zobaczyć na zdjęciach. Jednak dodatkowo dochodzi fakt, że jest ich dużo i potrzebują każdego kosmetyku dużo. Są grube. Ale ta maska jest naprawdę wydajna,
opakowanie 1 litr starcza na około 6 miesięcy. Za taką cenę jest idealna.
Zapach: Kiedy kupiłam swoje pierwsze opakowanie przeraziła mnie ta dusząca słodycz, jaka mnie zaatakowała. Jednak wraz z upływem czasu można się przyzwyczaić do tego
mleczno-waniliowo-kokosowego zapachu. Teraz, po roku z przerwami używania tej maski muszę przyznać, że zapach wyczuwam, ale jest raczej stonowany i przyjazny.
Słodki, lecz nie mdlący. Całkiem przyjemny.
Konsystencja: Nie za gęsta ani nie za rzadka. Nie spłynie sama z ręki i z cudowną łatwością rozprowadzi się ją na włosach. Ot, taka biało-przeźroczysta maź.
Skład: Aqua(Water), Cetearyl Alcohol,
Cetrimonium Chloride(gdzieś wyczytałam, że jak ten składnik jest w kosmetyku do włosów to można nim je umyć), Dipalmytolyethyl, Hydroxyethylmonium Methosulfate,
Parfum(ZAPACH), Benzul Alcohol, Citric Acid, PEG-5 Cocomonium Methosulfate Methylchloroizothiazolonone, Sodium Glutamate,
Hydrolized Milk Protein(PROTEINY MLEKA), Hydroxypropyltrimonium Hydrolized Casein, Methylisothiazolinone,
Sodium Cocoyl Glutamate(to ma mycie włosów ułatwić), Hydroxypropyl Guar Dydroxypropyltrimonium Chloride
Kilka antystatyków, substancji podnoszących łuski włosa i ułatwiających zadziałanie produktów, coś co włoski wygładzi iiii PERFUMY. Kilka konserwantów, regulator pH i substancja ułatwiająca mycie(po cholerę w masce? chociaż fajnie, jeśli używamy tego kosmetyku do mycia włosów). nic zachwycającego. Oczywiście znajdziemy osławione
proteiny mleczne, ale już
po zapachu, więc będą w śladowych ilościach. A za nimi białko mleczne. Nie ma czego podziwiać. W dodatku można kierować się przy zakupie składem na Wizażu, który jest o wiele krótszy od tego zamieszczonego na opakowaniu mojego Kallosa.
Działanie: Kiedyś mnie ta maska zachwycała. Włosy były po niej mięciutkie i dociążone, łatwo je było rozczesać. Teraz już tak pieknie nie ma. Oczywiście o wiele łatwiej mi się z nimi obchodzić, ale
nie odżywia włosów, a tego właśnie obecnie potrzebują. Odżywienia, nawilżenia i dociążenia. Oczywiście kosmyki pięknie błyszczą i ładnie się układają(myślę, że właśnie po użyciu tej maski o wiele łatwiej są na układanie podatne), jednak nie jestem już działaniem Kallosa solo tak zachwycona. Niedługo wypróbuję go jako bazę do półproduktów, bo u wielu sprawdził się właśnie tak. No i można go używać na skalp(mojego bardzo wrażliwego nie podrażnił, wręcz ukoił, chociaż po analizie składu mogłoby się wydawać, że będzie inaczej). Jest on również kosmetykiem o wielu zastosowaniach. Czasami używam go oczywiście jako żelu go golenia- sprawdza się świetnie i niewiele go potrzeba. Czasami również myję nim długość włosów(niestety po umyciu nim i skalpu włosy były przyklapnięte) i również jest bardzo fajnie.
Podsumowując: maska nie dociąża włosów, ale je odświeża, pomaga w rozczesaniu, dodaje blasku i sprawia, że kosmyki są bardziej podatne na układanie oraz niesamowicie miękkie. Poza tym jest tania i wydajna, a także ma wiele zastosować. Osobiście kosmetyk polecam, chociażby do wypróbowania. Jeśli się nie sprawdzi w jednym- mała strata, bo można użyć do czegoś innego. A teraz zdjęcia moich włosów po użyciu tego kosmetyku solo, zostawionego na włosach po umyciu na ok. 30 minut.
Te zdjęcia pokazują, jaka jeszcze przede mną długa droga do wydobycia fal/skrętu, jak i również uwidaczniają kapryśność moich włosów. Poza tym zdjęcia robione z fleszem- tylko tak mój aparat nie przekłamuje kolorów(chociaż i tak nie udaje mu się oddać wiernie np. koloru czerwonej ściany). W każdym razie włosy przy promieniach słońca bądź sztucznym świetle rzeczywiście tak wyglądają.
A Wy używałyście kiedyś Kallosa mlecznego? Polubiłyście się z nim? A może dopiero myślicie, żeby go kupić?