Witam serdecznie. Dziś przychodzę z typowym postem-poradnikiem, który może zapewne niektórym z Was się przydać. No bo która z nas nie chciałaby mieć pięknych, zdrowych, lśniących i gładkich włosów? Jestem pewna, że większość z nas tego właśnie chce, a mniejszość po prostu sie tym nie interesuje :) No dobrze, ale jak to osiągnąć? Ktoś kiedyś wymyślił takie wspaniałe urządzenie o nazwie prostownica. Podłączamy do kontaktu, nagrzewa się, przeciągamy nią po pasmach włosów t voila. Cel osiągnięty. Ale czy rzeczywiście?
Ja niestety myślałam przez dłuższy czas, że tak właśnie jest i mam cudowne włosy. Bo nie wiem, czy wiecie, ale przez wiele lat namiętnie romansowałam z tymże urządzeniem. Prostowałam włosy codziennie, po parę razy bo przed każdym wyjściem z domu(ahh, te nieznośne włosy ciągle się odkształcały). Kilkukrotnie przejeżdżałam prostownicą po jednym paśmie włosów i trzymałam ją na nim stosunkowo długo. Co tam ostrzeżania innych, że to niszczy włosy. Przecież wyglądały tak cudownie, były wspaniale miękkie. A że prostownica była najtańsza z najtańszych(chyba 30zł za nią dałam) tym lepiej dla mnie, bo jak się zepsuła mogłam szybko kupić kolejną.
"To niemożliwe, żeby niszczyła włosy. A jeśli nawet- przecież nie widać tego nawet, a ja wreszcie mogę wyjść z domu i wyglądać jak człowiek! Nie ważne czy niszczy czy nie włosy, jak i tak będę prostować je dalej." - myślałam nie zważając na nic.
I po 5ciu latach trwania tej gehenny moje włosy zaprotestowały. Stały się sianem, literalnie. Nie pomagały żadne szapony, a ja postanowiłam zrezygnować z prostowania(no, nareszcie mózg się włączył!). Było to trudne, ale udało się! I udaje mi się wciąż, bo włosów nie prostowałam już od marca 2012 roku!
W lutym powzięłam postanowienie, że przestaję, ale nie było to takie łatwe i kilka razy się złamałam i pomęczyłam włosy.
A jak to się stało, że w końcu całkowicie przestałam uzywać prostownicy?
1. Po pierwsze schowałam ją na samym końcu głębokiej i długiej szuflady, którą rzadko otwierałam, bo się zacinała. Tym samym korzystanie z prostownicy zaczęłam podświadomie łączyć z otwieraniem tego koszaru, co trochę mnie powstrzymywało, ale nie do końca.
2. Po drugie za każdym razem, keidy chciałam sięgnąć po prostownicę wyobrażałam sobie swoje włosy po uderzeniu w nie pioruna. Odstające na wszystkie strony siano. Działało, ale nie do końca..
3. Po trzecie dotykałam i patrzyłam na końcówki swoich włosów. Siano, suchota i rozpięciorzenia(bo rozdwojenia to to nie były). To działało najsilniej, ale nie tak jak..
4. Po czwarte: wyrzuć prostownicę! Albo daj ją koleżance albo sprzedaj. Nieważne jak, pozbądź się tego urządzenia!!
I nie powiem, chciałam parokrotnie podczas tego czasu wyprostować sobie włosy. Ale ze względu na brak urządzenia myślałam najpierw o kupnie prostownicy. A że nie chciałam aż tak bardzo szkodzić włosom patrzyłam na te bardziej profesjonalne egzemplarze, na które nie było mnie stać i tym samym odkłądałam zakup prostownicy.. A teraz wcale nie myślę już o kupnie prostownicy! Czas zrobił swoje, odzwyczaiłam się. Przed wyjściem wolę teraz kilka minut dłużej poczytać książkę czy porobić coś innego a nie marnować czas na prostowanie włosów, z którym schodziło mi ok. 30 min. Nie warto tracić swojego czasu ani niszczyć włosów!
A Wy prostowałyście kiedyś włosy?